Aktualności

Emocje wyrażone przez formę - rozmowa z Andrzejem Bartnikowskim

Emocje wyrażone przez formę - rozmowa z Andrzejem Bartnikowskim

Emocje wyrażone przez formę…

–z Andrzejem Bartnikowskim, reżyserem, dramaturgiem, dyrektorem Olsztyńskiego Teatru Lalek rozmawia Ewa Oleś

Lubisz ryzyko?  Nie pytam Cię, czy skoczyłbyś na bungee, tylko czy jako reżyser i dyrektor teatru masz odwagę?

Myślę, że tak. Odwaga, to jest radość tworzenia. Realizujemy teraz w OTL- u spektakl pt. „Włosy mamy” na podstawie książki Gro Dahle. W skrócie rzecz ujmując: jest to opowieść o depresji matki widzianej oczami kilkuletniej córki. Na początku wiele osób mówiło, że to ryzykowny tekst jak na spektakl przeznaczony jest dla dzieci. W ogóle nie przemawiała do mnie ta argumentacja. Zachwyciłem się książką, spodobał mi się pomysł reżyserki na spektakl i nie miałem wątpliwości, że chcę mieć ten projekt u siebie w teatrze. Potem dopiero dotarło do mnie, że ryzyko jest realne, bo nasza widownia nie jest przyzwyczajona do takiego myślenia o sztuce dla dzieci. Tylko, że jeśli nie będziemy robić takich przedstawień, to aktorzy stracą w końcu poczucie sensu w tym co robią, przestaną być twórczy. Jeśli boimy się ryzyka, to jesteśmy jak pies goniący własny ogon. Obracamy się w kręgu bezpiecznych tematów, konwencji…wszystko jest martwe.

Z Twojego dossier artystycznego wynika, że po teksty z klasyki literatury sięgałeś na początku kariery, teraz wybierasz głównie dramaty współczesne. Jaki jest twój stosunek do klasyki?

Bardzo pozytywny! W swoim teatrze wymyśliłem cykl: Pracownia Polskiej Klasyki. Zapraszam młodych reżyserów, żeby zmierzyli się z zapomnianymi dziełami dawnej literatury. Pozwalam im te teksty dowolnie montować, ale mają zakaz dopisywania czegokolwiek. Ja sam teraz nie realizuję tekstów klasycznych, bo doszedłem do wniosku, że najlepiej reżyseruje mi się własne adaptacje. Mam dużą frajdę z tego, że mogę konstruować scenariusz, przekładać tekst na byt teatralny. Podejrzewam, że dla aktorów radość jest znacznie mniejsza, bo niemal do ostatniej próby coś zmieniam, pewne sceny wyrzucam, skracam, dopisuję. Lubię takie sytuację, bo to jest adrenalina i rodzaj twórczego zmagania się z materią i samym sobą. Jest duża różnica między pisaniem przy biurku, a pisaniem dla teatru. W tym drugim przypadku prawdziwą weryfikacją są próby sceniczne.

Myślę, że eksperymentowanie z tekstem, zamiłowanie do improwizacji i wybieranie do realizacji tekstów „niepokornych” ma korzenie w twojej długoletniej przygodzie z teatrem alternatywnym.

Chyba tak. Wszystko rozpoczęło się od spotkania z tradycją Grotowskiego – z ludźmi, którzy z nim kiedyś pracowali. Oni pokazali mi, że teatr jest miejscem, gdzie można szukać odpowiedzi na ważne pytania. Wcześniej teatr repertuarowy kojarzył mi się z czymś pustym i konserwatywnym. Teraz wiem, że Teatr jest pojemną nazwą i daje wolność twórczą bez względu na to, gdzie się znajduje i jak się nazywa.

W częstochowskim Teatrze zrealizowałeś „Sprzedawców gumek” Hanocha Levina, spektakl nie tyle kontrowersyjny, ile prowokujący poprzez język, formę. Pomimo, że niósł za sobą ryzyko – nie stał się spektaklem niszowym - jest uwielbiany przez widzów, dostrzeżony przez krytyków i grany na festiwalach.

Spotkanie z Levinem było dla mnie ważne, bo jego sposób myślenia o teatrze jest mi bardzo bliski. A ryzyko jak widać się opłaciło. Czasem trzeba iść pod prąd i szukać tego, co jest dla nas istotne.

Jesteś także dramaturgiem. Znajdujesz czas na pisanie?

Od początku tego sezonu napisałem dwa dramaty, słuchowisko i adaptację. To było pisanie „na wariata”, bo przez nadmiar dyrektorskich obowiązków mam bardzo mało czasu. Dziś pozwalam sobie na sytuacje, które jeszcze parę lat temu by mnie przeraziły, jak na przykład przyjście na pierwszą próbę z kilkunastoma zaledwie stronami scenariusza, aby dopisywać następnych kilkadziesiąt już w trakcie pracy. To był na razie jeden wypadek. Wcześniej oczywiście dużo o tym projekcie rozmawialiśmy, aktorzy wiedzieli jaki mam na to pomysł. I uwierzyli mi, że kolejne strony niebawem się pojawią. (śmiech)

No ale zapewne pojawiła się nowa jakość, pewien rodzaj improwizacji i mała doza niepewności czy reżyser zmobilizuje dramaturga, aby dokończył dzieło.

Na szczęście jeden z drugim żyje w harmonii! A tak poważnie mówiąc, to było dla mnie miłe odkrycie, że taka improwizacja w teatrze jest możliwa, oczywiście przy obopólnym zaufaniu na linii aktor- reżyser.

Wróćmy do „Miasta Szklanych Słoni”. Język prozy Mariusza Sieniewicza jest hermetyczny i zapętlony. Wydaje się, że ten rodzaj literatury bardzo trudno przenieść na deski teatralne. Tymczasem nasz spektakl, to już piąta realizacja teatralna jego prozy.

Tak, Mariusz ma szczęście do teatru.

Co jest najbardziej inspirujące w jego prozie dla twórcy teatralnego: obrazy, metafora?

Niezwykła umiejętność operowania metaforą, która nadaje się do przeniesienia na byt sceniczny, do tego niesamowita wyobraźnia -  językowa i plastyczna. Poza tym, Mariusz pisze, bo coś go boli, jego teksty są o rzeczach istotnych.

Książka liczy kilkaset stron, Twoja adaptacja pięćdziesiąt kilka. Musiałeś pewne wątki pominąć, niektóre rzeczy uprościć. Proza Sieniewicza jest gęsta od znaczeń, filozoficzna. Jak przenieść to na scenę, żeby nie zgubić po drodze najważniejszego?

Nad adaptacją pracowałem dwa razy. Najpierw siedem lat temu, tuż po ukazaniu się powieści. Potem scenariusz wylądował w szufladzie na kilka lat. A kiedy wróciłem do jej lektury, tuż przed naszą realizacją, stwierdziłem, że chcę go napisać na nowo. Po półtora roku bycia w Teatrze Lalek zmieniła mi się optyka patrzenia na teatr. Pootwierały mi się nowe klapki w mózgu.

Co zmieniło się w twoim postrzeganiu teatru?

Kiedyś bliżej mi było do spektakli aktorskich, psychologicznych, skondensowanych. Interesowało mnie docieranie do prawdy o człowieku przy użyciu bardzo subtelnych środków aktorskich. Doświadczenie z teatrem lalkowym uświadomiło mi możliwość operowania środkami plastycznymi oraz dało przekonanie, że emocje na scenie można doskonale wyrażać także poprzez formę.

Jak na pierwszej próbie czytanej zareagowali na tekst aktorzy?

Zadawali dużo pytań i byli chyba przestraszeni samym tekstem. Ale gdy zaczęliśmy o tym rozmawiać, kiedy pojawiły się konkretne zadania aktorskie, nagle okazało się, że to wszystko jest mniej skomplikowane niż się z początku wydawało. Po czwartej próbie stwierdzili, że nie ma co siedzieć przy stoliku*, trzeba działać. Złapali klimat i intuicyjnie zaczęli to rozumieć i czuć.

Jakie tropy literackie dostrzegasz w „Mieście Szklanych Słoni”? Moje pierwsze skojarzenia to: Witkacy, Gombrowicz, Masłowska.

To jest trudne pytanie. Bo sięgnąłem po ten tekst, dlatego, że on mi się z niczym nie kojarzy, jest oryginalny. Pojawiło się takie skojarzenie jednego z aktorów - „Mistrz i Małgorzata”. Ja bym nie wpadł nigdy na to, że jest tu cokolwiek z Bułhakowa. A jednocześnie wiem, że „Mistrz” to bardzo ważna książka dla Mariusza. Więc może coś z tego tkwi podskórnie w „Słoniach”?  nie wiem. Jeżeli miałbym do czegoś porównać naszą powieść to do baśni lub mitu, bo sposób opowiedzenia tej historii jest baśniowy – esencjonalny i pełen metafor.

Niektórzy krytycy widzą zbieżność z „Weselem”, pewnie dlatego, że bohaterowie „Szklanych Słoni” w pewnym momencie wywołują Ducha Narodu, który niczym Chochoł, kilka gorzkich prawd o narodzie mówi.

Taak…  i w tym miejscu na scenie nastąpi szereg katastrof. (śmiech)

Bo Ducha Narodu obecnie lepiej nie wywoływać?

…….

W „Mieście Szklanych Słoni” bohaterowie funkcjonują w kilku przestrzeniach. Jedną z nich jest PRL-owska rzeczywistość.

To się bierze m.in. z tego, że opisana jest historia pewnej zbiorowości, która sobie próbuje skonstruować utopię. Najważniejszymi budulcami tej utopii są wspomnienia z PRL-u, czyli dla większości bohaterów czasy dzieciństwa, młodości. I jest też taka tęsknota za rzeczywistością, w której wszystko było proste, bo... odgórnie ustalone! Człowiek nie musiał zastanawiać się nad tym gdzie szukać pracy, bo miał ją przydzieloną. Jak go coś w sklepie zirytowało to była kierowniczka i była też Księga Skarg i Zażaleń, a jak burdę ktoś wywołał, to dzwoniło się do MO. A teraz żyjemy w świecie, w którym nic nie jest oczywiste. Mamy w naszym spektaklu dwie sceny, gdzie jedna z postaci lunatykuje i wydaje jej się, że stoi w kolejce. I cała reszta to podchwytuje i bawi się w te kolejki. To co w tamtej rzeczywistości było utrapieniem, tutaj okazuje się wspomnieniem utraconego raju.

Ten tekst jest o tym, że rzeczywistość postrzegamy relatywnie? Czy też o tym, że można patrzeć, ale nie widzieć?

Pytań, które stawia ten tekst jest kilka. Po pierwsze, czy istnieje coś takiego jak jedna obiektywna rzeczywistość? Czy może jest tak, że różne subiektywne punkty widzenia są tak samo uprawnione?  Jak skonfrontujemy te różne sposoby patrzenia, to mamy szansę na szerszą perspektywę percepcji rzeczywistości. To się w książce przekłada na motyw głównego bohatera - okulisty Kwiecistego, który w specyficzny sposób leczy swoich pacjentów: mianowicie wzmacnia ich wadę wzroku. A kiedy ją wzmacnia, oni zaczynają poprzez swoje iluzje postrzegać głębsze warstwy rzeczywistości. Widzą coś, czego wyleczeni już by nie zobaczyli.

Ale w pewnym momencie ich świat pęka. Okazuje się, że arkadia jest krucha i nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością.

Nie wytrzymuje z kilku powodów. Przybywa z zewnątrz, z mitycznej „centrali” Wizytator, który reprezentuje inną frakcje niż doktor Kwiecisty i twierdzi, że jest tylko jedna obiektywna rzeczywistość i on wie jaka. Przyświeca mu myśl, że trzeba to wszystko zniszczyć, zniweczyć. Dopóki to miasto jest zapomniane przez Boga i ludzi, to ta utopia ma szanse przetrwać, ale w momencie, kiedy świat sobie o nim przypomina, jej dni są policzone.

Twoje spektakle są rytmiczne i w pewnym sensie muzyczne. W „Sprzedawcach gumek” aktorzy śpiewali wybrane partie tekstu, wykorzystałeś także looper. A jak będzie tym razem?

Są trzy sceny śpiewane w całości. Pierwsza pojawia się w momencie, kiedy bohaterowie robią przedstawienie z okazji 8 marca i wówczas wszyscy zamieniają się rolami - kobiety piją piwo, siedzą i krzyczą: „Pokaż cyce”, a faceci losują, kto z nich zagra w spektaklu biedne uciemiężone kobiety. Kolejny moment - scena kłótni małżeńskiej między Dresem Bogdanem a Kwiaciarką, podczas, której ona mówi: „Kocham cię, ale przynosisz mi za małą pensję.” On: „Kocham cię, dla mnie pieniądze nic nie znaczą” -  dialog, który w większości domów się odbywa, może nie w tak poetycki sposób. Żeby złapać do tego ironiczny dystans i pokazać absurd sytuacji, Marcin Rumiński (nasz kompozytor), zrobił z tego operetkę. Trzecia pieśń zabrzmi podczas monologu wygłoszonego przez Ducha Narodu. Ale o tym lepiej nie mówmy! (śmiech)

Dziękuję za rozmowę.                               Rozmowa przeprowadzono 26 IV 2017